O środowisku „starych” kulturystów, a także o samym Wojtku opowiada jego przyjaciel, Mirek Łukasiuk

Poznałem go jeszcze w roku 1969. Miałem wtedy 18 lat, 011 również był w tym samym wieku. Tak na oko byliśmy zwyczajnymi młodymi chłopakami, ale – Wojtek miał już za sobą starty w lidze ciężarowej i były to starty na bardzo przyzwoitym poziomie. Ważył tylko 60 kg, a rwał setkę i podrzucał sto dwadzieścia. Wśród juniorów tej kategorii wagowej był to wtedy wynik „kosmiczny”.

Ja miałem za sobą kilka lat treningu kulturystycznego. Podkreślam „kilka”, bo zaczynałem jeszcze jako dwunastolatek. Wyciskałem setkę w leżeniu i wydawało mi się, że jestem okropnie silny. Wtedy nie było odżywek ani żadnych innych „wynalazków”, więc było z czego się cieszyć.

* * *

Pewnego razu Wojtek, który chyba od urodzenia miał posągową budowę ciała, popatrzył na mnie z zainteresowaniem i uznał, że nadaję się na ciężarowca. Podzieliliśmy się wzajemnie informacjami na temat swoich dotychczasowych treningów i umówiliśmy się na trening w „Reducie”.

Antoni Wojtek Brzozowski
Antoni Wojtek Brzozowski

„Reduta” była wtedy klubem kolejowym z dziewiętnastowiecznymi tradycjami -powstała sto lat temu. Miała kilka sekcji, a wśród nich sekcję ciężarową i to na całkiem niezłym, bo drugoligowym poziomie. Trenerem ciężarowców „Reduty” był najpierw, o dziwo, popularny kulturysta Andrzej Laskowski, a po jakimś czasie został sprowadzony inny fachowiec ze Śląska. Laskowski miał w sobie coś z fenomena. Był fantastycznie zbudowany, tyle że bardziej według kryteriów kulturystycznych niż ciężarowych. Najbardziej lubił ćwiczyć mięśnie klatki piersiowej i bicepsy, a mimo to rwał 110 i podrzucał 140 kg. W rzucie młotem miał wynik bliski rekordu Polski, na rowerze walczył z powodzeniem z kadrą kolarską, uprawiał też sprinty i skoki. Takich sportowców trudno już dzisiaj spotkać.

* * *

No więc kiedy już zaparkowałem w „Reducie” i stanąłem na pomoście, pomyślałem sobie, że chyba zadziwię wszystkich swoimi wynikami, a tak naprawdę to z trudem wyrwałem 60 kg i tym samym straciłem dobrą opinię na swój własny temat. Niby w obydwu dyscyplinach dźwiga się ciężary, a jednak kulturystyka i podnoszenie ciężarów to dwie różne dziedziny. Na szczęście Wojtek szybko pocieszył mnie, że z czasem na pewno poprawię wyniki, bo jako kulturysta muszę najpierw przejść pewien rodzaj kwarantanny, czyli odzwyczajanie się od ćwiczeń charakterystycznych dla „wyrobników piwnicznych”. Pamiętam, że kandydatów do sportu ciężarowego było wtedy mnóstwo, a w samej Warszawie istniało co najmniej dziesięć klubów ciężarowych, a jednak niełatwo było dostać się do takiego klubu. Gdy nieco wcześniej próbowałem zapisać się do „Legii”, trener stwierdził, ze nie nadaję się na ciężarowca, bo mam za duże bicepsy i za dużo we mnie kulturysty.

Dzięki Wojtkowi wciąż jednak poprawiałem swoje wyniki tak, że w końcu osiągnąłem prawie setkę w rwaniu i 120 kg w podrzucie, byłem więc usatysfakcjonowany. „Reduta” wystawiała mnie do zawodów i startowałem w kategorii 60 kg. zajmując raz lepsze, drugi raz gorsze miejsce, podczas gdy Wojtek szedł o wagę wyżej i zawsze wygrywał.

* * *

W „Reducie” była wtedy ciekawa „zbieranina kulturystyczno-ciężarowa”. Gdy nasz zespół wychodził na plażę, wszyscy ludzie gapili się tylko na nas. Wyglądaliśmy jak goście nie z tej ziemi. Wtedy nie było mody aa klaty jak szafy i na tłuste karki, tylko na mięśnie w każdym miejscu. Pamiętam do dziś sylwetkę najniższego z grupy, Krzyś-ka Wiśniewskiego, który liczył sobie tylko 157 cm wzrostu przy wadze 75 kg. To była maszyna! Same sploty muskułów od dołu do góry. Miał też ciekawą psychikę – własny świat marzeń, żył w innym wymiarze, zwiedzał klasztory, robił piesze wycieczki po kraju, eksperymentował z pszczołami, które mu pokrywały całe plecy bez użycia żądła. Niesamowity facet!

Na zawodach nikt nie miał szans wygrać z nim. Zaczął przegrywać dopiero wtedy, gdy zakochał się w tej samej dziewczynie, w której zakochany był Laskowski. Dziewczyna wybrała Andrzeja, więc Krzysiek potraktował to jako porażkę życiową i wycofał się ze sportu.

W naszej drużynie był też mistrz Polski wagi superciężkiej, Robert Wójcik, ale największym oryginałem pozostawał Bartek Świątek, który ważył 100 kg, ale jego niezwykła sprawność przekraczała naszą wyobraźnię. Na zawołanie robił salto w przód i w tył, a przy każdej okazji pytał nas, jakie ćwiczenie chcemy jeszcze obejrzeć, bo on mógł zrobić wszystko. W końcu wylądował w cyrku jako dolny akrobata, czyli ten, który trzyma całą górę gdzieś wysoko na drągu. Dobrze wyszedł na zmianie upodobań, bo kiedyś zdobył mistrzostwo świata cyrkowców zawodowych w Monte Carlo i od razu podpisał kontrakt z Amerykanami.

* * *

Wojtek ukończył w międzyczasie studia na AWF i pełnił funkcję trenera w „Reducie”. Jego też spotkał pech, bo podczas treningu uszkodził sobie nadgarstek i to do tego stopnia, że trzeba było operować. Operował go słynny lekarz sportowy tamtych czasów, chirurg Jerzy Moskwa. Jak to się czasami zdarza, operacja podobno udała się, ale nadgarstek nie nadawał się już do podnoszenia ciężarów. Z tego powodu zapanowała na jakiś czas żałoba w klubie, bo Wojtek był niezwykle utalentowanym ciężarowcem.

Został więc już tylko trenerem, owszem, ćwiczył, ale na zwolnionych obrotach. Razem z nim przeżyliśmy niezapomniany szok w Bułgarii. My, stare, dwudziestoparoletnie chłopy stanęliśmy do boju przeciwko osiemnastolatkom. Myśleliśmy, że rozbijemy ich w puch, a dostaliśmy takiego łupnia, że aż głupio było wracać do kraju.

Kiedy już wróciliśmy, szefostwo „Reduty” postanowiło, że też odmłodzi ekipę, bo my byliśmy za starzy. Postawiono warunek: każdy, kto ukończył 26 lat, musiał mieć klasę międzynarodową, bo inaczej „do widzenia”. W swojej świętej naiwności nikomu nie przyszło wtedy do głowy, że oto zaczęła się era wielkiego koksiarstwa, a młodzi Bułgarzy wygrali, bo byli tak nawaleni testosteronem jak zające w okresie wiosennej rui. W tamtym czasie Bułgaria wygrywała wszystko, co było w Europie do wygrania.

My, „harcerzyki” czyści jak Iza, musieliśmy wynieść się z „Reduty”. Przeszliśmy do „Olimpii”. Ja zostałem w międzyczasie instruktorem młodych ciężarowców, a Wojtek „starych”.

* * *

Po jakimś czasie wylądowaliśmy obydwaj w kulturystycznym klubie „Błyskawica”. Stało się to w tym samym czasie, w którym zapanowała moda na trójbój siłowy. W moim przypadku stało się to „niechcący”. Wojtek popatrzył na mnie i powiedział: „spróbuj, zastartuj”.

Był to już rok 1980. Wojtek też wystartował wtedy w tym trójboju. Obydwaj w kategorii 67,5 kg. On zajął pierwsze miejsce, a ja drugie.

W pierwszej połowie lat osiemdziesiątych startowali w trójboju tacy zawodnicy, jak Paweł Filleborn, Pawlik, Wilczyński -sami mistrzowie. Był też ciekawy zawodnik Andrzej Staszyński z „Syrenki”, który miał 32 cm w bicepsie, a wyciskał na ławie 180 kg w kategorii 75 kg i nikt nie miał szans go pokonać. Wprawdzie jako reprezentanci „Błyskawicy” zwykle wygrywaliśmy drużynowo mistrzostwa Polski, ale zawsze trafiali się zawodnicy budzący podziw, jak na przykład Janek Luka, który ma na koncie osiemnaście tytułów mistrzowskich pod rząd.

Z podszeptu Filona Wojtek został któregoś dnia kulturystą. Filon wywróżył mu znakomitą przyszłość w tej konkurencji. Niebawem tak się stało, aczkolwiek muszę dodać, że Wojtek nie był zbyt pilny w treningach. Wyraźnie się lenił, a dopiero na krótki czas przed zawodami dawał z siebie wszystko.

* * *

Być może Wojtek byłby dziś pracownikiem naukowym na AWF, bo przez jakiś czas pracował w Katedrze Kulturystyki, tej samej, w której pracuje obecnie doktor Marek Kruszewski. Być może, bo… za bardzo ukochał konie.

Ja już wtedy miałem bzika na punkcie jazdy konnej, a przyjaciela nie wypadało nie zaprosić na przejażdżkę. Kiedy tylko przejechał się pierwszy raz, doznał jakiegoś olśnienia. W kąt poszły wszystkie zamiary związane z kulturystyką i trójbojem łącznie.

Był człowiekiem niezwykle uczynnym. Kiedyś budowałem sobie dom w Michalinie i musiałem wyjechać za granicę, aby za-

robić trochę prawdziwych pieniędzy, więc nie było komu robić tego wszystkiego, co już wcześniej zaplanowałem. A tymczasem podczas mojej nieobecności do pracy włączył się Wojtek. Sam kopał rowy, robił szalunek i lał beton, a gdy trzeba było zrobić coś więcej, zwoływał kilku zawodników z klubu i razem robili co trzeba.

Sam nie ustawał w dokształcaniu się z „teorii konnej”. Wynajmował stajnie pod Warszawą i tam trzymał swoje zwierzęta. Kiedyś kupił dom nad Wisłą w okolicy Płocka, w miejscu, które da się określić jako uroczysko – był skansen holenderskiej zabudowy chłopskiej otoczony lasem, w którym mieszkały bobry, dzikie kaczki, łabędzie – można było zakochać się w samym otoczeniu. Miał tam już chyba z dziesięć koni, a do tego stado baranów, czyli „kłopot”. Gdy te barany dały mu już dobrze do wiwatu, postanowił je sprzedać. Ponieważ jednak baran-przywódca nie chciał wejść do samochodu, Wojtek postanowił wziąć go na plecy, licząc na to, że reszta stada pójdzie za nim, co faktycznie się stało. Do wioski, w której znaleźli się chętni kupcy, było 5 kilometrów, a więc kawał drogi, a na dodatek padał deszcz, czyniąc wokół błotnistą i śliską przestrzeń. Z tym baranem na plecach Wojtek przewracał się chyba ze sto razy. Gdy wreszcie doszedł na miejsce i nogą zapukał do drzwi, gospodarze nie chcieli go wpuścić, bo był tak utytłany w błocie, że wyglądał jak sam diabeł, który dopiero wyczołgał się z piekła. Drzwi otwarły się dopiero gdy wystękał, że umrze ze zmęczenia, jeżeli ktoś nie zdejmie mu tego barana z pleców.

Najpierw dostała od niego klacz moja córka, potem ja dostałem konia. On był zakochany w koniach jak w kobietach, ale lubił się podzielić, bo to też sprawiało mu przyjemność. Na szczęście mieliśmy obydwaj takie żony (dwie Małgosie), które przez palce patrzyły na naszą pasję i tolerowały tę drugą miłość.

* * *

Tamtego tragicznego dnia przed obiadem Wojtek powiedział swojej Małgosi, że musi wyjść na chwilę z domu i podsypać koniom siana. Miał wrócić za kilka minut – nie wracał. Wchodząc na strych spadł z drabiny, pękła mu czaszka…

Paweł Filleborn: Pamiętam Wojtka jeszcze z czasów bardzo wczesnej młodości. Ja miałem wtedy 16 lat, a on 19. Obydwaj mieszkaliśmy w Mińsku Mazowieckim, chodziliśmy do tego samego technikum. On był pięknie zbudowany, miał potężne mięśnie i był ciężarowcem mającym na koncie sukcesy. Muszę przyznać, że bardzo mi imponował – zarówno muskularną sylwetką, jak i dużą siłą.

Wojtek jeździł na treningi do warszawskiego klubu „Olimpia”, ja wkrótce dołączyłem do niego i przez jakiś czas obydwaj byliśmy ciężarowcami, mimo że ja już miałem w głowie kulturystykę.

Następnym etapem był warszawski klub kulturystyczny „Błyskawica”. Tam też wylądowaliśmy razem i tam zaszczepiłem w nim ideę zostania kulturystą. Zresztą sam niejednokrotnie zwierzał mi się, że śni o zwycięstwach w kulturystyce, ale jeszcze nie jest pewny, za co się brać, bo przecież po drodze mieliśmy też etap trójboju siłowego. Przekonałem go, żeby dał sobie spokój z konkurencjami siłowymi, bo na ciężarowca jest już „za stary”, aby odnieść jakieś nowe sukcesy czy to w podnoszeniu ciężarów, czy w trójboju siłowym, natomiast w kulturystyce ma zawsze szanse.

I tak się stało. Razem ze mną startował na zawodach międzynarodowych, razem też trenowaliśmy. Bardzo „kręciła” go kulturystyka i na pewno miałby szanse na spore sukcesy, gdyby nie „ta słaba silna wola”, której wcale nie ukrywał. Miał duży apetyt, którym czasem usprawiedliwiał swoje łakomstwo, ale kulturystyka była zawsze jego pasją…

Facebook Comments
  • Bicepsy bez tajemnic cz.4

    SPOSOBY IZOMETRYCZNEGO NAPINANIA BICEPSÓW Izometryczne (bez wykonywania ruchu) napinanie m…
  • Bicepsy bez tajemnic cz.3

    MANIPULACJA LICZBĄ POWTÓRZEŃ Na poziomie osób zaawansowanych w treningach (można stosować …
  • Bicepsy bez tajemnic cz.2

    POZYCJA RAMION Są znaczące różnice w pracy bicepsów między ćwiczeniami wykonywanymi w pozy…
Załaduj więcej Redaktor
  • Mistrzostwa Europy – złoto Roberta Piotrkowicza

    Polska reprezentacja na Mistrzostwa Europy liczyła 10 osób, wśród których był aktualny mis…
Załaduj więcej Sylwetki

Dodaj komentarz

Sprawdź też

Bicepsy bez tajemnic cz.4

SPOSOBY IZOMETRYCZNEGO NAPINANIA BICEPSÓW Izometryczne (bez wykonywania ruchu) napinanie m…